Zniechęcenie i rozpacz spowijały Radę jak trująca mgła, atakując myśli i zanieczyszczając atmosferę. Nie była to zupełna metafora, bowiem jej członkowie nie mogli się powstrzymać od emitowania swych uczuć.
Rada nie była stale działającym organem. Jednostki przychodziły i odchodziły z różnych przyczyn: z powołania i kaprysu, z chęci dania czegoś z siebie, albo z potrzeby zmiany. Czy to w trakcie długiej kadencji, czy też krótkiego uczestnictwa, zdobywały uznanie za swe umiejętności, wiedzę i doświadczenie.
To wszystko, i jeszcze więcej, było teraz potrzebne, jeśli mieli uniknąć apokalipsy.
Leżeli wygodnie w płytkich basenach wypełnionych parującą, przesyconą siarczanami wodą. Otoczenie łagodziło powagę chwili. Z trudem hodowana, ciemnozielona i rdzawoczerwona roślinność, dodawała amfiteatrowi nieco koloru i zapachu.
Woda pomagała podtrzymać miękkie odwłoki uczestników narady. Macki poruszały się pomiędzy ciałami, a urządzeniami kontrolnymi, podczas, gdy usta popijały wodę i zasysały powietrze. Informacji dostarczonych przez oprzyrządowanie było bardzo dużo, ale nie były pomyślne. Żółtozielone światło emanowało z mlecznej, półprzeźroczystej kopuły, z której zwisały dodatkowe urządzenia, gotowe do działania na rozkaz wydany głosem, albo specyficznym gestem.
Członkowie Rady nie byli zwróceni twarzami do siebie, bo nie musieli, Leżeli porozrzucani chaotycznie, jak prymitywne stado. Ich napęczniałe, ślimakowate ciała rzucały srebrno-pomarańczowe, albo pomarańczowo-złote błyski, odbijając rozproszone, mętne światło, a swe cztery, podobne do pniaków, nogi podwinęli pod siebie. Czarne, złoto cętkowane oczy o rozmiarach spodków, przyglądały się wypielęgnowanej roślinności, szczypiącej wodzie, albo rozwalonym w pobliżu sąsiadom. Każdy trwał w najwygodniejszej dla siebie pozycji.
Rozbudowana aparatura potrzebna była jedynie dla celów edukacyjnych, oraz komunikacji zewnętrznej, jako że wszyscy obecni znacznie dokładniej połączeni byli swoimi niezwykłymi, telepatycznymi mózgami. W rezultacie, atmosfera w sali Rady była równie gęsta od lepkiej, sycącej wilgoci, jak i od rozczarowania.
Wedle starożytnych tradycji i strasznych dogmatów Celu, nie było żadnego Najwyższego Przywódcy, ani Wielkiego Potentata. Wszyscy obecni byli sobie mniej więcej równi, choć indywidualne osiągnięcia i możliwości były doceniane i respektowane. Ten, kto w danej chwili przemawiał, rządził. Gdy kończył, władza przechodziła na innego z jego ponurych współbraci. Był to system, o którym mniej ważne rasy, jedynie pobieżnie wprowadzone w głębię Celu, mogły jedynie mgliście marzyć.
Wśród uczestników nie było przedstawicieli tych zapalczywych gatunków; brak było Mazveków, Ashreganów, Krygolitów, Askarian i Korathów. To była Wielka Rada Ampliturów. Jej wyniki w formie sugestii i tylko sugestii przekazane zostaną tym najwartościowszym, sprzymierzonym formom życia. Sugestie, które były niezmiennie spełniane.
Pomimo żmudnych wysiłków ze strony obecnych i ich doradców, brakowało nowych pomysłów i godnych uwagi recept na dalsze postępowanie. Nawet sam Cel nie zapewniał już tej inspiracji, która podtrzymywała Ampliturów na duchu w ich wielkiej pracy na przestrzeni wieków. Było to okropne strapienie dla członków Rady, którzy wiedzieli, że spoczywa na nich obowiązek zadecydowania kiedy, jak i co zrobić.
- Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. - Tę myśl sformułował Nigh-cold-Singing. - Przegrywamy.
To, że nie pojawił się żaden protest świadczyło, jak posępny był nastrój zebranych.
- Cofamy się od ponad stu lat.
- Odkąd - wspomógł go Bulk-holds-Tree - rasa Ziemian sprzymierzyła się z Gromadą.
- Jaka szkoda - zajęczał Sand-sits-Green - że to nie my pierwsi skontaktowaliśmy się z nimi i nie wprowadziliśmy ich radośnie do Celu.
- Długo studiowałem wszystko, co o nich i o ich ewolucji wiemy. - Takes-short-Thinking był najbardziej uczony wśród obecnych. Gdy wysyłał myśl, wszyscy zwracali na nią uwagę. - Oni uważają, że nigdy nie daliby się przekonać do Celu. Niestety, nie mieliśmy okazji wyperswadować im tego obłąkania, udowodnić, że oszukują sami siebie.
Takes-short-Thinking przygotowywał się do porodu. Nabrzmiewający pączek na grzbiecie dojrzał i stał się jego miniaturą. Lada chwila oddzieli się od rodzica, którego obecność na naradzie w tak delikatnym momencie życia świadczyła o powadze bieżącego kryzysu.
- Nie możemy zmienić historii. Places-change-Distant był najstarszy z zebranych. Nakrapiana, pomarańczowa skóra przybrała głęboki, rdzawy odcień, a przenikliwe oczy już nie błyszczały tak jasno, ale otyła masa pomarszczonego ciała kryła w sobie umysł sprawny jak dawniej.
- Ci, którzy dążą z nami do Celu - Mazvekowie i Krygotici, Ashreganowie, Segunianowie i inni, robią co tylko mogą, ale ziemiańsko-massudzkie siły wspierane technologią Gromady i jej zaopatrzeniem wygrywają z nami przy każdej okazji. Odnieśliśmy niewielkie sukcesy imitując taktykę wroga, ale naśladowca nie jest wstanie pokonać pomysłodawcy. Obawiam się, że teraz możemy już tylko opóźniać to, co nieuchronne.
- Musi być coś, co moglibyśmy zrobić. - Macki Sand-sits-Greena kreśliły wymyślne wzory w wilgotnym powietrzu.
- Nie, dopóki Ziemianie dominują w najważniejszych bitwach - odpowiedział Bulk-holds-Tree. - Odkąd przyłączyli się do Gromady, nasi wrogowie spychają nas, odbijając jeden świat po drugim, czasami bezkarnie. Zadajemy im straty i czasami odzyskujemy utracone umysły, ale te stwory są niebezpiecznie płodne, nawet bardziej niż Massudzi. Co dziwniejsze, im większe ponoszą straty, tym bardziej zażarcie walczą.
- Są niezwykli i nie mogliśmy tego przewidzieć. - Nigh-cold-Singing wymachiwał obu mackami. - Porażki umacniają ich zdecydowanie, straty zwiększają ich wysiłki. Są piekielnym paradoksem. Naturalnie Gromada bardzo uważa, by nie zrobić nic, co mogłoby wpłynąć na ich zachowanie. Nawet nie próbuje ich ucywilizować.
- Są myślący i organiczni, jak my - stwierdził małomówny Red-sky-Thinking. - Musi być jakiś sposób, by ich pokonać.
- Wypróbowywaliśmy jedną strategię po drugiej. - Bulk-holds-Tree uderzył macką w wodę. - żadna nie działała zbyt długo. Ta rasa zbyt łatwo się przystosowuje. I w przeciwieństwie do nas, czy którychkolwiek naszych sprzymierzeńców, oni są urodzonymi wojownikami.
- Musi być jakiś sposób - upierał się Sand-sits-Green. - Konstruujemy nową broń, budujemy nowe statki. - Wilgotne oczy sondowały pozostałych. - Sugerowano nawet, żebyśmy użyli orbitalnej broni masowego rażenia.
Każdy z obecnych umysłów wyemitował zaszokowane okrzyki i Sand-sits-Green pospieszył z wyjaśnieniami:
- Powiedziałem - sugerowano. Oczywiście nie zaakceptowano tego.
Places-change-Distant poruszył się niespokojnie.
- Miliony zabitych to miliony utraconych dla Celu. Poza tym Gromada, a z pewnością Ziemianie odpowiedzieliby w taki sam sposób. Rezultatem byłyby zdewastowane światy, starte z powierzchni planet gatunki, olbrzymia wyrwa w szeregach Celu.
- A jednak - kontynuował Sand-sits-Green - jeśli Gromada ostatecznie zatryumfuje, Cel zostanie na zawsze usunięty z wszechświata. Jaki jest więc pożytek z cywilizowanego postępowania?
- Zwiększanie skali anihilacji może niszczyć, ale nigdy ich nie pokona. - Myśl Takes-short-Thinkinga wystrzeliła jasna i ostra. - Jak podkreślił Places-change-Distant, Gromada dorówna nam, albo nawet przewyższy wszelkie siły, jakie możemy wystawić. Potrzebne jest nowe podejście, może nawet nowy sposób myślenia. Wiek nieuchronnie dopuszcza skostnienie. Musimy przemyśleć starożytne doktryny i tradycyjne podejście do sprawy. - Lustrzane oczy zamrugały na końcach szypułek. - Nadszedł czas, by rozważyć antytezy.
Glean-blue-Saying był młodszy, niż większość Rady. Uczestniczył w niej wcześniej, potem odszedł, by zająć się innymi sprawami, a ostatnio znów się przyłączył. Był poważany za specyficzny, skomplikowany sposób myślenia i jego zasługi były wysoko cenione przez tych, wśród których eklektyzm uznawany był za zaletę. Choć nie słynął z głębokich analiz, często był cytowany, jako innowator, którego myśli były ciągle przesiewane w poszukiwaniu ziaren wyższej użyteczności przez bardziej doświadczonych. Wśród dziesiątków wątpliwej jakości pomysłów, które płodził, z rzadka zdarzała się prawdziwa perełka.
Tak więc, gdy ten szacowny trysnął wreszcie myślami do ogólnej chmury kontemplacji, wszyscy skupili na nim uwagę. Cokolwiek Glean-blue-Saying miał do powiedzenia, może nie będzie użyteczne, ale za to na pewno będzie zabawne.
- Zgadzam się z Takes-short-Thinkingem. Musimy zrobić coś radykalnego i bezprecedensowego. Zgadzam się również z Nigh-cold-Singing'em, przegrywamy i będziemy przegrywać, ponieważ nie potrafimy pokonać Ziemian. Aby ostatecznie zatryumfować, musimy spróbować czegoś innego. - Reszta Rady słuchała z cierpliwością, jeśli nie z nadzieją. - Rozważmy to, co wiemy. Rodzaj ludzki jest jedyną, jaką odkryto, półinteligentną rasą, która z natury jest bardzo wojownicza. Cechuje ich agresywność, bitność i łatwość przystosowania zarówno ciał, jak i umysłów do wojny.
Glean-blue-Saying umilkł znacząco.
- Tak naprawdę, to nie od rzeczy będzie stwierdzenie, że jedynymi istotami, które mogą pokonać Ziemian, są sami Ziemianie.
- Wszystko to wiemy - powiedział Places-change-Distant niecierpliwie. - Nasi przodkowie podjęli praktyczną próbę zaadaptowania tej tezy, modyfikując ujętych Ziemian, by wyglądali jak Ashreganowie.
- Projekt Houcilat-Kossuut. - Wspomnienie Red-sky-Thinkinga zabarwione było żalem. - Pomysł nabrzmiały nadziejami, który okazał się kosztownym fiaskiem.
- Mamy w Molitarach sprzymierzeńców, którzy indywidualnie są silniejsi, niż Ziemianie, ale dużo mniej ruchliwi, inteligentni i można powiedzieć, drapieżni. Trwają prace nad ich modyfikacją, ale genetyczne struktury są dużo mniej podatne na przeróbki od krnąbrnych myśli. Postęp jest powolny.
Places-change-Distant widział, że to spotkanie zmierza do nikąd i chciał powrócić do bardziej użytecznych zajęć, ponaglił więc Glean-blue-Sayinga:
- Do czego zmierzasz?
Osobnik, do którego adresowano pytanie leżał bez ruchu w basenie.
- Do nas wszystkich dotarły pogłoski, mówi się, że Gromada odkryła położenie świętych Ail i Eil i że przygotowuje, mimo skomplikowanych prób zmylenia nas, wielki atak. Wygląda na to, że nawet tutaj, na poświęconych bliźniaczych światach, które były miejscem narodzin Celu, nie jesteśmy już bezpieczni. Jeśli te dane naszego wywiadu są choć w części prawdziwe to oznacza, że nie tylko musimy zrobić coś odmiennego i efektywnego, ale musimy to zrobić szybko.
Nikt nie polemizował z tą oceną sytuacji. Szokująca treść najnowszych doniesień wywiadu nie zdążyła jeszcze w pełni dotrzeć do wszystkich członków. To, że same rodzime planety mogą stać się celem ataku Gromady, było nie do pomyślenia. Ampliturowie tak się skoncentrowali na wprowadzaniu w życie Celu, że mało uwagi poświęcali problemom własnej obrony.
- Jeśli ta informacja się potwierdzi - powiedział Sand-sits-Green - to musimy przygotować się do obrony wszystkimi dostępnymi środkami.
- Jeśli ściągniemy tu wystarczające siły, by to zrobić - zripostował Takes-short-Thinking - ryzykujemy takie osłabienie aliansu, że może się on załamać. Jeden po drugim nasi sprzymierzeńcy będą wpadać w łapy Gromady i będą dla nas straceni na zawsze. Jaka byłaby korzyść z ratowania siebie kosztem Celu?
- Wyobraźcie to sobie - niepewnie powiedział Bulk-holds-Tree. - Ziemianie tutaj. Brodzący w płodowych wodach Eil. - Zadrżał, a ruch spowodował, że bezwładna masa zaczęła falować.
Places-change-Distant pochylił się w kierunku rampy wyjściowej, choć jego uwaga skierowana była na Glean-blue-Sayinga.
- Jeśli nikt nie ma nic do dodania, mam ważne zajęcia, którym muszę się pilnie oddać.
Glean-blue-Saying kontynuował;
- Jak mówi Sand-sits-Green, musimy przygotować się do obrony ojczystych planet. Zgadzam się z tym, że powinniśmy zgromadzić duże siły i bardzo mocno ufortyfikować oba światy. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie wiecznie opierać się atakowi, prowadzonemu przez Ziemian. Cóż więc powinniśmy zrobić? Jak możemy najlepiej postąpić? Mam pewną myśl. Siły Gromady wyłonią się z podprzestrzeni i przygotują do lądowania. Gdy bitwa będzie tuż, tuż, gdy pierwsze opasłe transportowce, wyładowane uzbrojonymi po zęby Ziemianami i Massudami będą się przymierzały do lądowania, gdy wszystkie siły nieprzyjaciela będą doprowadzone do bojowej gorączki, wtedy, i tylko wtedy, użyjemy naszego ostatecznego fortelu, by pokonać naszych wrogów.
- Jakiż to fortel? - Sceptycznie nastawiony Places-change-Distant ociężale przesuwał się w stronę wyjścia. - Nie ma czarów, żadnego tajemniczego sposobu na uporanie się z niemiłą rzeczywistością. Jeśli ściągniemy tu siły wystarczające do obrony naszych rodzimych planet, skazujemy na zagładę przymierze. Jeśli tego nie zrobimy, utracimy nasze światy.
- W twoim stwierdzeniu nie ma nic, z czym bym się nie zgodził - stwierdził Glean-blue-Saying.
- Twoje intencje są niejasne. - Takes-short-Thinking sprzymierzył się umysłowo z Places-change-Distantem.
- Nie do tego dążyłem.- Szypułki oczne Green-blue-Sayinga uniosły się. - Musimy jakoś uratować ojczyste planety i źródło Celu. Odzyskać to, cośmy utracili i ostatecznie pokonać Gromadę możemy jedynie przez powstrzymanie Ziemian. Poświęciwszy wiele myśli i kontemplacji tej strasznej sytuacji, widzę tylko jeden sposób, by to wszystko osiągnąć. Tuż przed atakiem wroga ogłosimy, że się poddajemy.
Nawet Places-change-Distant zamarł.
Po chwili członkowie Rady poruszyli się zdenerwowani. Jako, że byli gatunkiem niezbyt z natury żartobliwym, uznano stwierdzenie Glean-blue-Sayinga za niedwuznaczne. Jego prawdomówność nie była kwestionowana. Amplitur nigdy nie kłamie.
Takes-short-Thinkingowi pozostawiono wyjaśnienie tej zagadki:
- Mimo, że nie jest to częścią naszej psychiki, rozumiemy abstrakcyjny humor. Dzisiejszy nastrój jest ponury. Czy próbujesz swą sugestią rozluźnić atmosferę?
- Nic podobnego. Bez ogródek mówię, że powinniśmy się poddać przed rozpoczęciem ostatecznego ataku na nas. Zrezygnować, skapitulować, ulec. Ogłosić, że wyrzekamy się głoszenia Celu, że zwalniamy tych, którzy przyłączyli się do naszej sprawy z ich zobowiązań. Powinniśmy oddać pod kontrolę Gromady większość naszej broni i systemów podprzestrzennych i powrócić do egzystencji, ograniczonej warunkami socjalnymi i do samotnej kontemplacji, jak przedtem, zanim po raz pierwszy natchnęło nas światło Celu.
Places-change-Distant przemówił w imieniu innych:
- Interesująca wersja zwycięstwa. Ja przynajmniej nie widzę w jaki sposób twoja propozycja przybliża nas do osiągnięcia celu, który tak dokładnie określiłeś na początku. Osobiście, nie jestem jeszcze gotów wyrzec się Celu, ani poddać się bez walki o panowanie nad naszymi rodzimymi światami.
- Nic nie mówiłem o rezygnowaniu z Celu - odrzekł Glean-blue-Saying. - Mówiłem o ogłoszeniu, że tak robimy w konsekwencji kapitulacji. Jeśli chodzi o poddanie ojczystych planet, oni nie będą chcieli marnować czasu i środków na administrowanie czymś, co już im nie zagraża. Jestem przekonany, że odzyskamy pełnię lokalnej władzy, co nie będzie miało miejsca, jeśli poniesiemy druzgocącą klęskę militarną.
- Gromada będzie rozpowszechniać fałszywą filozofię i propagandę wśród naszych sprzymierzeńców. Utracimy tych wszystkich, których doprowadziliśmy do Celu.
- Myślę, że nie wszystkich. - Glean-blue-Saying przyglądał się swoim kolegom.
- Jestem pewien, że wyniki naszej ciężkiej pracy będą lepsze. Wielu pozostanie przy nas z wolnego wyboru i własnej woli. Pozostali zawsze mogą być ponownie nawróceni. Praca zarzucona, może pewnego dnia być znów podjęta. A póki co, zostawią nas w spokoju, a my będziemy mogli mówić i przekonywać, mimo że Gromada będzie obserwować czy nie sugerujemy najbardziej podatnych. Oni będą protestować, my będziemy udowadniać naszą niewinność, a w międzyczasie poczynimy postępy tam, gdzie istnieje największe zagrożenie, bez posługiwania się tą częścią naszych umysłów, która tak bardzo pomogła nam w naszej pracy w przeszłości. Kluczem do wszystkiego jest rasa Ziemian. Nie tylko są oni najlepszymi żołnierzami Gromady. Są również jedynym gatunkiem, zdolnym stawić opór naszym najsilniejszym sugestiom. Przybyli gdzieś z otchłani, szalejąc w imieniu Gromady, a my nie mieliśmy nawet dość czasu, by zorientować się, jak z nimi postępować. Jeśli zdobędziemy ten czas, wierzę, że znajdą się sposoby, by zniszczyć ich i zagrożenie, jakie stwarzają.
- I proponujesz, aby zyskać czas poddając się? - Przeciwległe rogowe płytki, pokrywające usta Night-cold-Singing'a zazgrzytały, gdy zaczął obgryzać pobliską roślinę. - Czy myślisz, że pokój osłabi zwycięzców? Pozostaną bardzo silni, podczas gdy my się rozbroimy. A może myślisz, że powinniśmy wieść z nimi długie dyskusje, próbując ukazać im błędy ich postępowania?
- Żadne długie dyskusje, nie. - Glean-blue-Saying był bezwiednie zagadkowy. - Przestudiowałem to, co wiemy o rodzaju ludzkim. Oni całkowicie oddali się wojnie, zarzucając sztukę, rozwój miast, wszystko, z wyjątkiem produkowania żołnierzy dla Gromady. Zorganizowali swoją egzystencję tak aby nas pokonać. Przygotowywali się do wielkiej, decydującej bitwy, po zakończeniu której będą mogli czcić swój tryumf.
Ampliturowie mogli ogarnąć takie pojęcia tylko abstrakcyjnie. Dla nich każde zwycięstwo było równocześnie porażką, gdyż oznaczało śmierć wielu inteligentnych istot, które mogły być wyznawcami Celu.
- Poddając się - odbierzemy im ten tryumf. Doznają nie uniesienia, ale zawodu.
- Wygrają wojnę - powiedział Red-sky-Thinking. - Jak mogą nie tryumfować?
- Nie wygrają, wojna się po prostu skończy. By zrozumieć tę różnicę, trzeba najpierw zrozumieć działanie tego prawie nieprzenikliwego organu, jakim jest ludzki mózg. Oni nas nie pokonają, my się poddamy. Dla Ziemian jest to istotna różnica. Różnica, która sprawi im zawód. Zobaczycie. Osiągną jedynie chwilową satysfakcję z naszej kapitulacji. Czubki obu macek zamachały stanowczo.
- Jeśli rzeczywiście ulegają takim frustracjom, jak mówisz - zastanawiał się Sand-sits-Green, czy nie będą chcieli wyładować agresję i zaatakować nasze światy?
- Jest niewielkie ryzyko - przyznał Glean-blue-Saying ale nie sądzę, żeby tak się stało. Pole manewru będą mieli skutecznie ograniczone przez wspólników z Gromady, którzy tradycyjnie kontrolują całą logistykę. Bez entuzjastycznego poparcia innych gatunków, oddziały Ziemian niewiele mogą zdziałać. Jeśli Gromada przyjmie naszą kapitulację, wszyscy żołnierze powinni zostać wycofani na ich własne światy. Ziemianie mogą protestować, ale nie mają w swym władaniu transportu. W każdym razie, nie w wystarczających ilościach, by stanowili jakieś poważne zagrożenie. Ich dowództwo jest zbyt uzależnione od Massudów i innych, by działać całkowicie niezależnie.
- Ta twoja niespotykana propozycja może uratować nasze ojczyste planety - przyznał Red-sky-Thinking - ale nie widzę, jak może pomóc Celowi.
- Ziemianie będą postępować tak samo, jak osobniki wszystkich innych ras, które rozmnażają się w sposób seksualny, gdy staną w obliczu oczekiwanego, ale nie skonsumowanego związku. Tyle, że w przypadku Ziemian, ich zawiedzione nadzieje spowodują niewyobrażalnie zwiększoną agresję. Istoty szkolone od dzieciństwa do walki, wkrótce będą szukać ujścia dla swoich spiętrzonych emocji.
- Gdy skończy się wojna, nie będą mieli takiego ujścia - powiedział Red-sky-Thinking. - Sam przyznałeś, że reszta Gromady tego dopilnuje.
- Jest jedna sytuacja, której Gromada nie może i nie będzie próbować kontrolować. Ciągle pozostaje pierwotne ujście frustracji i agresji Ziemian.
- Myślisz, że będą szukali jakiegoś innego przeciwnika do walki, niż my i nasi sojusznicy? - zaciekawił się Bulk-holds-Tree. - Że zaatakują Hivistahmów, a może nawet Massudów?
- Nie. Obawiam się, że choć nigdy nie zaoferowano im formalnie członkostwa w Gromadzie, Ziemianie już zbyt długo są częścią społeczności Gromady, by tak się stało. Mówiąc, że agresja Ziemian powróci do pierwotnego ujścia, miałem na myśli dosłowne tego znaczenie. Uważam, że nie mając innego przeciwnika do walki, zwrócą się ponownie przeciw sobie samym.
Podekscytowane myśli wypełniły komnatę.
- Na pewno przebywanie wśród cywilizowanych gatunków Gromady spowodowało, że są już teraz bardziej dojrzali - powiedział Takes-short-Thinking.
- Nie sądzę. Pierwszy Ziemianin, z którym skontaktowała się Gromada też tak nie myślał. Przypomnijcie sobie moją oryginalną tezę: tylko Ziemianie mogą pokonać Ziemian. Gdy usuniemy się z pola widzenia jako zagrożenie, będą musieli zmienić cel dla swoich hormonów. Jestem głęboko przekonany, że daleko im jeszcze do pełnego ucywilizowania i że pozostawieni sami sobie, nie mając nikogo do konfrontacji, rzucą się na siebie. Historia pokazuje, że jeśli tylko nie zagraża jakiś zewnętrzny wróg, są zmuszeni podejmować walkę między sobą.
- A czy pozostali członkowie Gromady nie pospieszą im z pomocą, widząc co się dzieje? - zainteresował się Places-change-Distant.
- Wmieszać się pomiędzy walczących Ziemian? Bardzo wątpię. Jedynie Massudzi mogli mieć na nich jakiś wpływ, a jakoś nie widzę Massudów wkraczających w taki konflikt z własnej woli. Oni powrócą na swój świat i podejmą pokojowe życie. Pamiętajcie: Ziemianie walczą, bo to lubią, Massudzi, bo są do tego zmuszeni. Gromada będzie unikać takiego konfliktu jak ognia, chyba, że walka na śmierć i życie wśród Ziemian rozszerzy się na jej własne światy. W końcu Ziemianie sami siebie osłabią do takiego stopnia, że nie będąjuż więcej stanowili zagrożenia dla naszych zamierzeń. To może zająć trochę czasu, ale my zawsze byliśmy cierpliwi. Czekaliśmy tysiące lat. Cel nie przepadnie, tylko poczeka. Nasza kapitulacja będzie uczciwa. Oddamy broń. Wycofamy się na święte, bliźniacze planety i tam będziemy czekać stosownej chwili. Nie będziemy narzucać Celu Mazvekom, Copavi, Korathom, ani Yandirom, jak to robiliśmy w przeszłości, ale to nie oznacza, że nie możemy między nimi przebywać i zachować ich przyjaźni. Zawsze możemy powiedzieć, że obawiamy się Ziemian. Członkowie Gromady zrozumieją to. Uznamy naszą porażkę w tej wojnie. Na temat przyszłych wojen nie musimy nic mówić.
W sali zapadło milczenie, a członkowie Rady pogrążyli się w zadumie. Propozycja była więcej niż radykalna, nie wspominając o związanym z nią ekstremalnym ryzyku. A co, jeśli Glean-blue-Saying się mylił? A jeśli pomimo ograniczeń nałożonych przez Gromadę, wściekłym, oszukanym Ziemianom uda się zgromadzić wystarczającą ilość pojazdów, by rozpocząć atak? Nawet gdyby występowali w ograniczonych ilościach, mogli spowodować duże zniszczenia na bliźniaczych światach.
Jeśli jednak założenia Glean-blue-Sayinga były słuszne i Ziemianie rozpoczęliby walki pomiędzy sobą, przyszłość, choć bardzo odległa, rysowała się w jaśniejszych barwach. Członkowie Rady wiedzieli, że gdyby mieli sposobność zmierzyć się z Gromadą pozbawioną pomocy Ziemian, Cel nie mógłby upaść.
- Wyjątkowo ryzykowne - pomyśleli. - Ale rozpatrzone wcześniej alternatywy nie były bardziej obiecujące.
- Moglibyśmy, jeśli przyjmiemy tę wersję, ustąpić we wszystkim. - Glean-blue-Saying spoglądał na kolegów. - Potomkowie naszych potomków odzyskaliby galaktykę. Albo możemy spróbować rozbić siły, które Gromada przeciw nam zbiera. Czy ktokolwiek ze zgromadzonych wierzy, że mamy realne szansę to zrobić?
Leniwe myśli wypełniły ciszę. Ktoś gdzieś pogryzał liść.
- Tak też myślałem - powiedział Glean-blue-Saying. - Wierzcie mi, jeśli ktoś wysunie lepszą propozycję, sam się pod nią chętnie podpiszę. Ja jednak nie widzę innego rozwiązania. Odpowiednio potraktowany, rodzaj ludzki w ostatecznym rozrachunku przysłuży się do ocalenia Celu, zamiast do jego zniszczenia.
- A co będzie, jeśli Ziemianie nie zaczną walczyć między sobą, tylko grzecznie złożą broń i zaczną zachowywać się w cywilizowany sposób? - cicho zapytał Places-change-Distant.
- To jest ryzyko, które musimy podjąć. Oczywiście, gdy już będziemy całkowicie spacyfikowani, nikt nie zaprotestuje, gdy zechcemy im doradzać: tu rzucić myśl, tam pomysł. Ich historia pokazuje, że zabijają i mordują pod najmniejszym pretekstem, za drobiazg. W pewnym momencie o mało co nie zwrócili przeciwko sobie, na swojej własnej planecie, prymitywnej broni masowego rażenia.
Zdziwienie i niewiara rozległy się wśród tych członków Rady, którzy nie byli zbyt dobrze obeznani z historią Ziemian.
- To prawda - bronił się Glean-blue-Saying. - Na zakończenie, weźcie pod uwagę, że ten plan w pełni odpowiada wszelkim dogmatom Celu. Poddając się, ocalimy tysiące istnień oraz ich przyszłych potomków, dla przyszłej chwały Celu.
Nie było potrzeby ustnego głosowania. Zgoda była powszechna, choć niewypowiedziana. Glean-blue-Saying miał satysfakcję.
Gdy to się skończyło, znów swobodnie popłynęły rozmaite domysły:
- Jak myślisz, ile czasu zajmie, zanim wewnętrzne walki znacząco osłabią Ziemian? - zastanawiał się Sand-sits-Green.
- Nie wiem. Ich historia nie dostarcza wystarczających faktów, by spekulować na ten temat. Jako reprezentanci pokornych pokonanych, nie będziemy oczywiście szczędzić wysiłków, by podsycać konflikty, które w rezultacie doprowadzą do wybuchu walk.
- Nie obawiasz się, że zorientują się, jaki mamy w tym udział?
- Może. Musimy być bardzo ostrożni. Ale dużo przemawia na naszą korzyść. Ziemianie są naiwni i aroganccy. Jest to samobójcza kombinacja, którą bezlitośnie wykorzystamy do końca. Może się zdarzyć, że kilkoma przemyślanymi i mądrze wypowiedzianymi słowami i zwrotami spowodujemy więcej spustoszeń, niż kiedykolwiek uczynilibyśmy promieniami energii i materiałami wybuchowymi.
- To dobrze. - Takes-short-Thinking dał się wreszcie przekonać. - To będzie oznaczało koniec walki, koniec z bezużyteczną śmiercią inteligentnych istot. Wokół Celu zapanuje pokój. Dalszą walkę prowadzić będziemy bez broni. W międzyczasie będziemy ciągle badać i podjudzać Ziemian. Będziemy się uczyć i pamiętać. Może tak być, że któryś spośród Ampliturów odkryje jakiś chemiczny, albo neurologiczny środek, którego będzie można użyć, by ostatecznie ich pokonać.
- Poinformuję armię. - Places-change-Distant był stosownie poważny. - Przygotujemy się do ogłoszenia kapitulacji.
- Jeszcze nie teraz - cicho przypomniał swoim kolegom Glen-blue-Saying. - Dla osiągnięcia najlepszych efektów, musimy zaczekać do ostatniej chwili. Niech zgromadzą swe siły. Niech przeskoczą podprzestrzeń w rzekomej tajemnicy. Poddamy się dopiero wtedy, gdy pojawią się na orbicie bliźniaczych światów.
Gdy posiedzenie się skończyło, wielu członków Rady było zdziwionych, że sami nie wpadli na takie wspaniałe rozwiązanie. Każdy ponownie zadeklarował, że poświęci się całkowicie dla ostatecznego tryumfu Celu.